Spotykałem się z nią przez sześć miesięcy, zanim zdałem sobie sprawę, że ani razu nie przekroczyłem progu jej domu.
Była u mnie mnóstwo razy – wiedziała, w której szafce stoją dobre kubki, która deska podłogowa skrzypi w pobliżu mojej sypialni. Ale ilekroć proponowałem, żeby do niej pójść, zbywała to śmiechem. „Nic specjalnego” – mawiała. Albo: „Innym razem”.
Na początku nie naciskałem.
A ciekawość zrobiła to, co ciekawość robi.
Pewnego popołudnia, gdy mimochodem wspomniała o okolicy, w której mieszka, sprawdziłem ją. Kilka dni później, pod wpływem impulsu, pojechałem tam.
Żałuję, że pojawiłem się tu bez zapowiedzi.
Jej dom był maleńkim, niebieskim domkiem wciśniętym między dwa zmęczone bloki mieszkalne. Farba była odpryśnięta. W jednym z frontowych okien pęknięcie było uszczelnione taśmą klejącą. Z chodnika wyglądał na zapomniany.
Stałem tam dłużej, niż zamierzałem.
Zawsze wyglądała schludnie – uczesana, z zadbanymi paznokciami, starannie dobranymi ubraniami. Nie zachowywała się jak ktoś, kto mieszka gdzieś połatany taśmą.
Zapukałem.
Po chwili drzwi się otworzyły.
Jej twarz zbladła. „Coś się stało?” – zapytała szybko, wchodząc do połowy w drzwi, jakby chciała zasłonić im widok z wnętrza.
„Chciałam ci tylko zrobić niespodziankę” – powiedziałam, nagle niepewna, czy to było mądre. „Nigdy mnie nie zaprosiłeś. Zaciekawiło mnie to”.
Powoli wypuściła powietrze.
Potem odsunął się. „Wejdź. Ale nie osądzaj”.
Dom był czysty, ale zniszczony. Nie czarująco zniszczony. Po prostu zmęczony. Podłogi skrzypiały. Ściany wyblakły do matowej żółci. W powietrzu unosił się delikatny zapach wybielacza i starego drewna.
Na kuchence gotował się garnek ryżu. Szary kot wślizgnął się pod kanapę.
„Mieszkasz tu sam?” – zapytałem łagodnie.
Zawahała się.
„Nie. Mój tata mieszka ze mną.”
Powiedziała to w formie przeprosin.
Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam.
„Dlaczego mi nie powiedziałeś?” – zapytałem.
Spojrzała na podłogę.
„Ponieważ ludzie odchodzą, gdy się o tym dowiadują”.
To zdanie utkwiło mi w pamięci.
Nie wyszedłem. Ale też nie zostałem długo. Dwadzieścia niezręcznych minut. Pogawędka. Potem wymyśliłem wymówkę i wyszedłem.
Leave a Comment